O duchu...

Święta. Śnieg, sianko pod obrusem, ciepłe relacje między rodziną, żywy karp w wannie, pasterka. Tak je wspominam. Wspominam, bo tego zwyczajnie już nie ma.

Zniknęło, roztopiło się razem ze śniegiem, bo nawet ten nie uniknął zmian związanych z ociepleniem klimatu. Zaśmiałam się teraz – prześmiewczo? Nie. Smutno mi. Kiedyś było inaczej…

Nie spędzam w tym roku Wigilii z rodzicami. Ani ja, ani moja siostra, zresztą. I nie ma dla nikogo w tym nic dziwnego (no, prawie) i naprawdę nikogo nie dziwi to, że nas po prostu to już… nie bawi. Nie bawi, ponieważ od lat inaczej nie mogę tego nazwać inaczej niż zabawa. Nie ma w tym wszystkim tego słynnego i oczekiwanego ducha świąt. Tradycja utrzymana na siłę. Łamanie się tym opłatkiem (który z siostrą uważamy za najlepszą potrawę wigilijną – i tylko takie znaczenie chyba ma dla nas) i… To chyba wszystko. Nawet choinki od dawna nie ubieramy razem. Nawet dwunastu potraw nie kosztujemy. I tych nawet jest od groma. Gdzie to wszystko się podziało? I kiedy to wszystko uciekło?…

fot. Olena Sergienko, CC0

fot. Olena Sergienko, CC0

Prawda jest taka, że Wigilię mamy co chwilę. Kilkanaście niedziel w roku angażujemy jako spotkanie rodzinne. Wielki obiad z wymyślnymi potrawami, podczas którego prawdopodobnie jesteśmy bliżej siebie niż w Wigilię. Bez tej wielkiej spiny, że cokolwiek trzeba. Wtedy jest lepiej. Wtedy bardziej czuję. Nie mówię, że te niedzielne obiady są złe, broń Losie. Ja po prostu… Czy naprawdę musimy ubierać się w te śmieszne stroje i udawać, że naprawdę odczuwamy ducha świąt i w ogóle tralalala? No, dla mnie to jest po prostu dość dziwne, stwierdzam. Czy naprawdę odrobina śniegu, kilka potraw szykowanych tylko w ten dzień i data w kalendarzu może cokolwiek zmienić? Oczywiście, możemy trochę poudawać, ale nie oszukujmy się, to tylko… dzień? Czy trzy dni, no dobra. Nie dajmy się zwariować, proszę.

Prezenty. Dzieci od małego uczone są, że wigilia równa się prezent. Dużo prezentów i niemy wyścig, kto da więcej. Kto da lepszy. Kto da droższy. Nie powiecie mi, że jest inaczej. Niestety nie mogę powiedzieć, że ze mną jest inaczej, eh, hipokryzja lekka, cóż. Nic, co ludzkie, nie jest mi obce, wszak. Zauważyliście, że domy dziecka proszą o prezenty dla dzieci, a nie o obecność przy osieroconych? Chociaż w ten jeden wieczór? Nie wiem, co na ich miejscu cieszyłoby mnie bardziej… Duch świąt zginął razem z tym całym wyścigiem, który niestety nawet w święta napędza pieniądz. A miało by tak pięknie, prawda?

Duch świąt stał się tylko duchem z naszej winy. Wyłącznie. Właśnie przez to na siłę. Przez to że musi. Cholera, właśnie, że nie musi! Nic nie musi. Musimy być rodziną w święta? Bo co? Bo kalendarz tak każe? Bo religia? Przepraszam, ale religia już dawno przestała odgrywać w tej całej szopce bożonarodzeniowej jakiekolwiek znaczenie. Do tego ta idiotyczna polityka skutecznie zabijająca świąteczny nastrój. I kolorowe choinki pojawiające się w supermarketach pod koniec października.
Cytując Hamleta, akt piąty, scenę pierwszą, wers 425, mówię temu wszystkiemu stanowcze NIE.

Weronika Rogowska

Weronika Rogowska

Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni… frytki? Najlepiej z batatów. Psychofanka znaków prozodycznych – w tekstach i w życiu.

Komentarze