Zakład fryzjerski (nie salon!) U Grażynki

Na dzień dobry (a także i później) nikt mi tu nie proponuje kawy z ekspresu. Człowiek czuje się tu jak przeniesiony w czasie.

Nieopodal mojego domu mieści się zakład fryzjerski o wdzięcznej, przywodzącej na myśl stare czasy, nazwie U Grażynki. Tak, zakład. Nie salon. Nie spa anielskie dla włosów. Po prostu zakład. Patrząc na witrynę – nie dalibyście za ten przybytek złamanego grosza. Wchodząc, tym bardziej nie zmienilibyście zdania. Siermiężne fotele. Lustra, które w latach osiemdziesiątych odbijały tu wysokie tapiry z grzywek i misterne loczki trwałych ondulacji. Właścicielka w postaci korpulentnej pani około sześćdziesiątki, z niepewnym kolorem na krótko przystrzyżonych włosach.

Przed zakładem młoda fryzjerka z wygoloną na głowie gwiazdką relaksuje się, paląc papierosa. Czekam na niewygodnym krześle na swoją panią Agnieszkę, bo musi zjeść obiad. Na dzień dobry (a także i później) nikt mi tu nie proponuje kawy z ekspresu. Człowiek czuje się tu jak przeniesiony w czasie. Miłe żarty, niezobowiązujące rozmowy, pocieszenia po nieudanej imprezie. W międzyczasie fryzjerki sprawnie rzeźbią fryzury na głowach swoich klientów i klientek.

Zakład fryzjerski (nie salon!) U Grażynki, fot. Skitterphoto, CC0

fot. Skitterphoto, CC0

Dlaczego uznałam, że taki archaiczny zakład fryzjerski jest wart wspomnienia?
Mimo tych wszystkich peerelowskich niedogodności, wolę luz i fach w ręku tamtejszych fryzjerek od sztywnych, sztucznie uśmiechniętych wizażystek i stylistek fryzur z ekskluzywnych salonów. Od tych ekspedientek w sklepach spożywczych, które po wyścigu na czas w kasowaniu i pakowaniu, mechanicznie zapraszają ponownie. Od tych sprzedawczyń jak spod igły w butikach, które z rozbrajającym uśmiechem oferują ci pomoc, a gdy na nic się nie zdecydujesz, niemal wyrwą ci wieszak z ręki.

Wolę też mój zakład fryzjerski od salonów, w których milutkie i słodkie dziewczę serwuje mi kawę, myje przez 15 minut głowę (masaż nie zmienia faktu, że kark sztywnieje od twardej umywalki!), by na koniec zażądać czwartej części moich zarobków za wykonanie na głowie pomarańczowego gniazda.

Lucyna Juchiewicz

Lucyna Juchiewicz

Copywriter z krwi i kości. Polonistka.

Lubi psychologię, zwierzęta i kajakarstwo.
Po nocach, zamiast się wysypiać, czyta książki i ogląda filmy.

Inne tego autora:

Komentarze