Walka o przetrwanie

Od stukania w te cholerne klawisze mam migrenę, a może to jarzeniówka nad biurkiem, albo nieprzystosowany do dłuższej pracy monitor? Palą mi się oczy, niemal czuję, jak z sekundy na sekundę pogarsza mi się wzrok. Bolą mnie plecy, zaraz call z klientem. Nie jest zadowolony. Ja nie jestem zadowolona. On mnie nie lubi. Ja nim gardzę.

Poniedziałek.
Nie demonizuję tego biednego dnia, on niczemu nie zawinił, to ja nienawidzę swojego życia, nie poniedziałek mnie. Szósta dziesięć, pierwsza drzemka. Szósta pięćdziesiąta, ósma drzemka. Nagle myśl… na żądanie, ale nie, pogoda okropna, marzec, przyjdą lepsze czasy, dni urlopu nie rosną na drzewach. Pieniądze, też nie rosną na drzewach… czasem zastanawiam się, czy cokolwiek rośnie na drzewach.

Siódma trzydzieści, poniedziałek.

Biegusiem na przystanek, w końcu, po co wstawać wcześniej? Ja dobiegam, on podjeżdża, chemia między nami. Wpadam do środka, oblewając dłoń, w której trzymam kubek z kawą. Przeciskam się przez tłum i łapię wzrokiem ostatnie miejsce siedzące. Nie odpuszczam, siadam. Spijam kawę z wieczka. Czy ten koleś naprzeciwko dziwnie na mnie patrzy? Przecież nie robię nic szokującego. Może to dlatego, że nie jestem pomalowana? Rozglądam się delikatnie. Wszędzie blond 16+, jak zakładam po przystanku, na którym wysiadają, odmalowane jak na imprezę u cioci Grażynki. Nic to, pocieszam się w duchu, ja za to dłużej zachowam młodość i urodę.

Ósma, ten sam dzień.

Wypadam z autobusu, pozostawiając w nim resztki niesmaku i zgorszenia, z jakimi spotkał się mój brak makijażu i zlizywanie kawy z wieczka kubka. Idę ni to marszem, ni to biegiem, bo na bieg za wcześnie, na spacer za mocno jestem w dupie, w końcu ósma trzy, a kartę pracy odbija się o równej. Wpadam do biura, wszyscy widzą, prezes ochoczo macha płetwą z akwarium, ja podnoszę kubek, krzycząc: No siema! Ciebie też dobrze widzieć!.
Tak naprawdę to nie. Tak naprawdę to chowam się w swojej jaskini wstydu za biurkiem z elegancko rozrzuconym w przypadkowych miejscach, przypadkowym syfem.

No, przynajmniej piętnaście minut mniej do końca.

fot. myrfa, CC0

fot. myrfa, CC0

Dwunasta, tak, nadal poniedziałek.

Od stukania w te cholerne klawisze mam migrenę, a może to jarzeniówka nad biurkiem, albo nieprzystosowany do dłuższej pracy monitor? Palą mi się oczy, niemal czuję, jak z sekundy na sekundę pogarsza mi się wzrok. Bolą mnie plecy, zaraz call z klientem. Nie jest zadowolony. Ja nie jestem zadowolona. On mnie nie lubi. Ja nim gardzę. Przed nami tango pełne namiętności. Jeszcze kilka minut i przerwa. Zrobię makijaż, a co tam, zaszaleję sobie coby w maku reprezentacyjnie wyglądać. Przejeżdżając po raz ostatni szczoteczką z tuszem po rzęsach, mówię klientowi, jak bardzo mocno go kocham i moje życie jest bez niego niczym. Co gorsza, uświadamiam sobie w międzyczasie, że to właściwie kurwa prawda. Wstaję, idę. Kolejka, ale to nic, podchodzę do znienawidzonego przez większość ciemnego społeczeństwa dzieła szatana, jakim jest, kasa samoobsługowa i sama się obsługuję. Jak na silną i niezależną kobietę przystało. Odbieram kawę i ciasto, dziś mango, bo podobno najważniejsza jest zbilansowana dieta. Ponieważ wierzę, że będzie dobrze, wraca do biura, w końcu najgorsze już za mną.

Piętnasta… monday.

Walka z czasem. Jazgot za uchem, ja wiem, wiem, że nie masz koleżanek, ale ja nią nie zostanę. Ostatnie minuty. Oni coś mówią, jak odmrukuję, do domu, byle do domu. Wypadam na schody, niczym superbohater, jednym susem pokonuję całe półpiętro objętościowo mieszczące około osiem schodów. Biegnę, lecę, minuta do autobusu, co tam, zdążę, w końcu nie opłaca się czekać sześciu minut na następny. Nagle jest on! Stoi i czeka na mnie, ja wiem, że on czeka właśnie na mnie, nie na tę babcię z balkonikiem, zapierdalającą w tempie olimpijskim obok mnie. Wpadam do środka i siadam. Wiem, że wygrałam życie. Nagle wpada ona, ze swoim wózeczkiem, siada obok i obija się o mnie swoim ciałem. Odsuwam się od niej, nienaturalnie przylegając do szyby. Ona wydaje się nie rozumieć, że nie odczuwam przyjemności z sytuacji, w której całkowicie obca i przypadkowa osoba ociera się o moje ramię z częstotliwością 3 razy na sekundę. W końcu mój przystanek. Wybawienie.

Godzina siedemnasta, nie zgadniecie którego dnia.

Ściągam płaszcz i buty, następny przystanek lodówka. Szybkie kanapki, Netflix, kanapa, kocyk. Tak dobrze, tak milutko… ale zaraz, zaraz… co to?! Znowu budzik?!

Paulina Jarczok

Paulina Jarczok

Lubiący wyzwania korposzczurek, artystka i wizjonerka.
Pełna pasji samozwańcza pani psycholog, kochający ludzkość malkontent i mizantrop.

Inne tego autora:

Komentarze