Ostatni Mohikanie

Jezu wybacz, mężu wybacz, ale ja za Jeffem Bridgesem idę. I jest mi wszystko jedno dokąd. Daleko nawet pójdę, ciemna dolina i się nie ulęknę. Wybaczcie ponownie. Kobieta puch marny jest i pójdzie. A jest za kim.

Kiedy pierwsze relacje z ostatniego pokazu Ricka Owensa obiegły świat, a wszyscy zajęli się owym specyficznym peep show na wybiegu, w pierwszej chwili pomyślałam - u nas robią pokazy w kościele, a zachód wywija męskim penisem. Geneza podobna, efekt podobny, środki ciut inne, zasada ta sama. Rick Owens jest specyficzny, charyzmatyczny i od dawna odnoszę wrażenie, że bardzo inspirujący dla wielu krajowych krojących i szyjących. Fascynacje Owensem widać jak Polska moda długa i szeroka, więc nic tylko czekać na nagich modeli w estetyce kwadratu o kolorze „kociej kupy” (definicję koloru tylko cytuję za Jerzym Antkowiakiem), a turpizm ma się u nas wyśmienicie. Powinniśmy przyklasnąć.

RICK OWENS, FW15
Rick Owens 2015

Charyzma projektanta nie zmienia jednak faktu, że szumnie nazywana dekonstrukcja z klejnotami na wierzchu, to robienie widowni w bambuko. Lotto mi to, jeżeli oferta artystyczna zwala z nóg, ale jeżeli tego nie czyni, odczytuję jako dorabianie sztucznej ideologii do niczego oraz uzasadnienie, nawet nieświadome, własnej niemocy twórczej. Oprócz tego, zwyczajnie mnie to wkurza, bo traktuje się odbiorcę jak idiotę o mózgu niewiele większym od tego co w łepetynie ma kura. Oczywiście, możemy wpisać się w ideologię stricte marketingową z serii - nieważne jak mówią, byle mówili, dopatrywać się świadomego działania z gatunku przewrotu społeczno-obyczajowego, poszukiwać odniesień w rozgałęzionych już do bólu ideologiach o równouprawnieniu płci i tak dalej, ale wszystko to jest odchodzeniem od sedna. Od mody wyrażonej w prezentowanym ubraniu. I nawet jeżeli uznamy, iż to nie moda, tylko sztuka bliska happeningowi, nadal nie zmienia to faktu, że przesłanie dyndającego penisa, przysłoniło jej funkcję użytkową.

Ubrania Owensa to sylwetka bardzo modern, surowe klimaty, mroczne rockowe granie. I dla jasności, nie deprecjonuję jego osiągnięć, pozycji na rynku mody, jakości produktu. W jego przypadku można by się nawet pokusić o użycie określenia - klasyka. I byłoby to całkiem na miejscu. Zastanawiam się tylko nad czym ubolewać bardziej, nad manipulacją w prezentacji, czy ostentacyjnym pójściem na łatwiznę w zwróceniu na siebie uwagi. Takie działania zawsze wybijają mnie z rytmu, węszę podstęp i czuję się oszukana. Przez artystę.

Ciut ładniejszy...?

Przyznaję się wprost i bez bicia, że normcore, era turpizmu oraz inne klimaty upiększające naszą egzystencję inaczej, nie są moim światem marzeń. No, bo powiedzmy sobie szczerze, chłopaki od Ricka urodą nie grzeszą, a wyposażenie zasadnicze ma miedzy nogami każdy facet. Brzydota bywa pociągająca, bo nieoczywista jest. Dociekamy czy coś aby się za nią nie kryje. Prawidłowo czy to też tylko sztuczka? Źli chłopcy jakoś zawsze są ciekawsi od tych prymusów pod krawatem. Skaza u mężczyzny jest po prostu pociągająca. Piękno z brzydotą to jin i jang. Tylko czy aby nie dorabiam teorii do niezbyt udanej praktyki?
Fakt, zgodnie ze starodawna prawdą, mężczyzna ma być tylko ciut ładniejszy od diabła. Z tym, że to ciut jest sprawą mocno złożoną, niekoniecznie chodzi tu o faceta, który założył golf na nogi i coś mu wystaje od dołu. Posłużę się przykładem. Przyjemnym.

Jeff Bridges, Marc O?Polo
Jeff Bridges, Marc O’Polo 2015

Spójrzmy sobie na takiego Jeffa Bridgesa w kolejnej już kampanii reklamowej marki Marc O’Polo. Jezu wybacz, mężu wybacz, ale ja za Jeffem Bridgesem idę. I jest mi wszystko jedno dokąd. Daleko nawet pójdę, ciemna dolina i się nie ulęknę. Wybaczcie ponownie. Kobieta puch marny jest i pójdzie. A jest za kim. I przyznaję z ręką na sercu, Rick zbieraj chłopaków z dziurkami w okolicach penisów, pakuj ich na białe niedźwiedzie, dodaj im swetry do kostek aby im ciepło było tam daleko od domu, i niech oni sobie tam zostaną. Pomachamy im na pożegnanie, najlepiej wsparte o ramiona prawdziwych mężczyzn. Tak, wiem że na wyginięciu są, gatunek niemalże jak białe tygrysy, ostatni Mohikanie i inne dobra reglamentowane. Ale dzięki Bogu czy innym siłom wyższym jeszcze żyją tacy co to spojrzą na kobietę i temperatura zaraz jak w okolicach równika, rajd Dakar i te sprawy. Bo jak świat stary, prawa dobierania się w pary funkcjonują bez fajerwerków wystających spod kapoty (i dajmy spokój plemionom Ameryki Południowej czy Afryki co od tysięcy lat ganiają po nagu). Prawo dobierania się w pary atawistyczne dość jest. I zasadniczo polega na spojrzeniu prosto w oczy. I wtedy póki co bezprzewodowo idą impulsy jak burza. Albo nie. Para funkcjonuje na zasadzie korelacji. Razem jesteśmy jedno, bo tak nam dobrze. Co kobiecie po samcu, który latając z fiutem na wierzchu, naraża się, że mu go łatwiej urwą lub uszkodzą? To tak jakby królowa angielska klejnoty rodowe na Portobello zawiozła i tam pozostawiła bez kurateli. Nie wszyscy w domu i tyle. Oczywiście jest to wysoce ubarwiona interpretacja idei projektanta, ale jaka idea, taki odbiór.

Ale w kiecce?!?

Moda to strojenie piórek dla wybranka, wybranki czy jak kto lubi. To komunikat. Ja biorę Jeffa Bridgesa w staromodnym swetrze, wyglądającego jak milion dolców, zamiast do bólu oczywistej nówki z metką i interesem na wierzchu by Rick Owens (Rick wybacz bo Ciebie samego na białe niedźwiedzie bym jednak nie wysłała).

Mamy wiek XXI, mamy loty w kosmos, biotechnologie, farmakologie, naukowe uzasadnienia na wszystko. Konstans się jednak jeszcze ostały tu i tam. Mężczyzna samcem alfa ma być, a spódnicę w kratę to sobie może założyć Sean Connery. Panom w kiecce z dziurką na siusiaka zdecydowanie dziękuję.

Katarzyna Dyaczyńska

Katarzyna Dyaczyńska

Pisze o dobrym stylu w modzie i w życiu.

Od 2013 prowadzi autorskiego bloga www.cammelie.com.

Komentarze