Największy wróg feminizmu

Taka kobieta z wyboru idzie w samozagładę. Być może życie jej niemiłe (trudno się dziwić), być może świat jej zbrzydł, być może tak to sobie poukładała w głowie, że jest gorsza i mniej jej się należy. Nie mam nic do tego typu wyborów, pod jednym warunkiem: niech dotyczy to tylko jej samej.

Feminizm (łac. femina – kobieta) – ideologia i kierunek polityczny, ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet. Podstawą programu feminizmu jest dążenie do emancypacji i równouprawnienia płci pod względem formalnym i faktycznym.

Przekładając na język prosty tę skróconą definicję: feminizm to idea sprawiedliwości i równych praw bez względu na płeć. Tyle. I biorąc pod uwagę jak przez ostatnie sto lat udało się zmienić pozycję kobiet w społeczeństwie, aż tyle. Ale ja nie o tym. Ja o tym, że słyszę często oburzone głosy KOBIET, że skąd, ależ, nigdy w życiu, tfu, broń Boże, ta czy tamta feministką nie jest.

Wydawałoby się to niedorzeczne. Bo czemu kobieta nie jest feministką? Czemu kobieta nie chce dla samej siebie równouprawnienia, czemu nie dba o swoje prawa, ba! czemu przeciw własnym prawom się opowiada?

Owszem, jeśli facet twierdzi, że nie jest feministą, to jego postawę może dyktować strach przed utraceniem wywojowanych przez przodków przywilejów. Durne, żałosne, niesprawiedliwe, ale zrozumiałe. Inna rzecz, że facet prędzej czy później jest gotów ustąpić, podzielić się przywilejami. Jeśli ma z kim. Ale jak ma ustąpić, skoro sama kobieta deklaruje swoją niechęć do feminizmu?

Gdy słyszę kobiety wyrzekające się własnych praw, tłumaczę to głupotą. Głupotą wywodzącą się z nieznajomości historii czy choćby definicji feminizmu. Głupotą wynikającą z lenistwa posuniętego do tego stopnia, że nie chce się którejś nawet zajrzeć do Wikipedii. Wreszcie głupotą wywołaną lękiem przed czymś, czego nie rozumie. Bezmyślnym powtarzaniem formułek zasłyszanych w „studio paznokcia”. A to, że feministka to sfrustrowana wariatka walczącą diabli wiedzą o co. A to, że nikt jej nie chce, nikt jej nie kocha i pozostały jej tylko histeryczne wiece na Mokotowskiej. A wreszcie to, że feministka jest brzydka, tłusta, łysa i ma włosy na nogach. Jednym słowem babochłop. Która z wyfiokowanych pań chce być babochłopem?!

Istnieją jednak obserwacje dowodzące, że są kobiety, które tryskają intelektem, a jednocześnie wybierają sobie pozycję niższą, bardziej podłą niż pozycja mężczyzny. Taka kobieta z wyboru idzie w samozagładę. Być może życie jej niemiłe (trudno się dziwić), być może świat jej zbrzydł, być może tak to sobie poukładała w głowie, że jest gorsza i mniej jej się należy. Nie mam nic do tego typu wyborów, pod jednym warunkiem: niech dotyczy to tylko jej samej. Skoro tak chce, niech tak ma. Ale niech nikomu tego nie narzuca, niech od reszty kobiet się odfrandzoli. Niech się w sejmie nie udziela i swoją samozagładą nie zaraża. Nie ma wszak nic gorszego od człowieka, który ze względu na własną przekichaną sytuację rości sobie prawo do szkodzenia innym.

I tu dochodzimy do najpoważniejszego problemu, z którym ruch feministyczny się boryka. Do najsmutniejszego wniosku dzisiejszych czasów. Do tej straszliwej prawdy, że największym wrogiem feminizmu jest właśnie sama kobieta. Bo wybór, o którym napisałam, to wcale nie jest taki w pełni świadomy wybór. To bardzo często wynik wychowania i to wychowania przez matkę, która została wychowana przez matkę, która została wychowana przez matkę, której narzucono pozycję gorszą. I tak powielany wybór staje się dogmatem, jedyną znajomą (bezpieczną?) i słuszną postawą życiową, siłą obezwładniającą, odbierającą kobietom prawo do równości.

Moja matka nigdy w życiu nie powiedziała, że jest feministką. Pewnie by jej to przez gardło mnie przeszło. Jest bardzo wierząca i – przynajmniej tak twierdzi – konserwatywna. Ale niedawno wróciła z pracy i opowiedziała pewną historię.

Jej znajoma (dużo młodsza) płakała w garść, jak bardzo jest zmęczona, bo gdy wraca z pracy musi zrobić obiad, w dodatku czeka na nią stos koszul do prasowania. Koszul, rzecz jasna, należących do męża. Matka ściągnęła brwi i spytała, czy mąż jest chory, bo skoro chory, to chyba nie ma pilnej potrzeby noszenia koszul? Nie, nie jest chory, wręcz odwrotnie. Ma wyjazd służbowy i potrzebuje szykownych ubrań. Zatem, docieka matka, czy mąż ma obie ręce? Ma. A może pracuje na dwa etaty i nie ma go w domu? Nie, pracuje tyle samo godzin, co ona.
– To może macie taką zasadę, że mąż ci w odwecie prasuje sukienki?- pyta matka.
– Chyba kpisz!
– Może po prostu lubisz prasować?
– Zwariowałaś, padam na twarz?!
– Więc czemu on sobie sam nie uprasuje tych koszul?!
– Jak to: sam?
– No sam! Chyba dorosły jest?
– Hanka! (moja mama ma na imię Hanka) Czy ty nie prasujesz mężowi koszul?
– Nie.
– To po co ty mu jesteś?!

Hanka przyszła do domu i spytała męża po co mu jest. Mąż popukał się w czoło i przytulił Hankę. Hm. A może, gdyby życie potoczyło się inaczej, byłaby mu po to, żeby prasować koszule? Może, gdyby się lata temu rzuciła w wir usługiwania, kto wie? Ale ona po prostu na tej pozycji się nie ustawiła. Wybrała feminizm, czy jak kto woli – zdrowy rozsądek. I jest dziś po to, żeby być. Być przyjaciółką, partnerką, towarzyszką życia. Dlatego ja i Siostra Młodsza, córki najbardziej konserwatywnej kobiety na świecie, jesteśmy feministkami. Bardzo nam z tym fajnie. Dzięki, mamo, że nie prasowałaś koszul!

Sylwia Kubryńska

Sylwia Kubryńska

Pisarka i blogerka związana z gdańskim środowiskiem literackim.

Prowadzi Najlepszego Bloga na Świecie*
www.kubrynska.com

Inne tego autora:

Komentarze