Dopóki piłka w grze...

Przykładów na zbawienną moc sportu połączonego z ambicją nie musimy szukać daleko. Weźmy bliską naszym sercom reprezentację, która ostatnimi czasy rozpieszcza nas pasmem sukcesów.

Podczas wiosennych porządków natknąłem się na wysłużony egzemplarz jednej z  ulubionych lektur mojego dzieciństwa – Do przerwy 0:1, autorstwa Adama Bahdaja. Jest to opowieść o dzieciakach z warszawskiej Woli, dla których granie w piłkę jest jedynym sposobem na ucieczkę od ciężkich realiów życia w powojennej Warszawie. Dla morowych chłopaków z wolskich podwórek największymi bohaterami są piłkarze Polonii Warszawa, której co niedziela kibicują przy ul. Konwiktorskiej. Marzenia o wielkiej karierze sportowej wyganiają chłopaków z domów, by godzinami kopać rozpadającą się, szmacianą piłkę. Grając, tracą poczucie czasu, zapominają o tym, że są sierotami bez grosza przy duszy i jakichkolwiek perspektyw na przyszłość. Tymczasem wielkimi krokami zbliża się turniej dzikich drużyn organizowany przez Życie Warszawy – szansa na zdobycie wielkiej sławy i uznania.

Po dokonaniu tego znaleziska zawiesiłem porządki i bez większych wyrzutów sumienia zafundowałem sobie sentymentalną podróż w czasie. Krótko mówiąc zachęcam do lektury Do przerwy 0:1, jeśli komuś w szczenięcych latach umknęła ta pozycja. Oprócz fenomenalnego opisu Warszawy lat pięćdziesiątych, autorowi udało się przemycić kilka uniwersalnych wartości. Pomimo, że przez blisko 70 lat trochę się zmieniło w Polsce i na świecie (w szczególności sympatie klubowe mieszkańców stolicy), to pewne mechanizmy przedstawione w książce, na całe szczęście, pozostają aktualne. Oczywiście sport, szczególnie piłka nożna, uległ gigantycznej komercjalizacji, lecz pomimo to spełnia najważniejszą, w mojej opinii, pozakomercyjną funkcję – daje nadzieję.

Fakt, brzmi to dość górnolotnie, ale jak powiedział pewien warszawski poeta, „banalnie jest bać się banału”. Przykładów na zbawienną moc sportu połączonego z ambicją nie musimy szukać daleko. Weźmy bliską naszym sercom reprezentację, która ostatnimi czasy rozpieszcza nas pasmem sukcesów. Jeden z czołowych graczy, który nie raz ratował nam skórę, w dzieciństwie przeżył traumę, po której wielu przeciętnych śmiertelników nigdy by się już nie podniosło. I co? I dziś jest jednym z najlepszych. Dla niewtajemniczonych: zwą go „Kuba”.

Świetne wyniki polskiej reprezentacji, oprócz absurdalnych promocji (zlewozmywak kibica, glebogryzarka kibica itp) mogą skutkować pozytywnymi zjawiskami na polu społecznym. Znana z marketingu zasada „sukces napędza sukces” sprawdza się również w sporcie. Dzisiejszą wybitną kadrę skoczków narciarskich w znacznym stopniu zawdzięczamy sympatycznemu wiślakowi z wąsem, który 10 lat temu zdominował wyobraźnię kilku dzieciaków, które pomyślały „ej, ja też tak chcę!”.

Z piłką nożną jest jeszcze łatwiej, bo grać w nią może każdy, o czym przekonujemy się czytając książkę Bahdaja. Każdy dzieciak, który zamiast żółci w komentarzach, wyleje litry potu na boisku będzie kolejnym, małym sukcesem naszych piłkarzy.

Czas na banał podsumowujący: kariery największych piłkarzy stanowią najlepszy dowód na to, że sukces osiąga się ciężką pracą, a nie fartem czy nieczystymi zagrywkami. Ich biografie często udowadniają, że nie powinno się nikogo przekreślać, nawet jeśli przegrywa „do przerwy 0:1”. Wynik jest wciąż otwarty. Dopóki piłka w grze…

 

Pan Bekinson
Miłośnik brytyjskiego kina, czeskiej kuchni oraz polskiego rapu. Politolog i italianista z wykształcenia, samozwańczy czempion Fify z wyboru.

Myśli są Ruude

Myśli są Ruude

Jeśli Ty też uważasz, że potrafisz, że powinnaś lub powinieneś, wreszcie - jeśli chcesz, to miejsce jest otwarte na Twoje myśli…

Poniżej jest bezpośrednia linia. Do mnie. Wtedy też, będzie tutaj trochę Ciebie. Ciebie w oderwaniu od Ciebie.

mysli.sa@ruude.net

Inne tego autora:

Komentarze